W styczniu Polską wstrząsnął skandal związany z zagubieniem przez wojsko części transportu min, które ostatecznie odnalazły się pod magazynem IKEA. Po tej głośnej historii wprowadzono nowe procedury. Postanowiliśmy sprawdzić, jak działają. Okazuje się, że ze składu amunicji w Hajnówce, z którego pochodził feralny transport, pojazdy wyjeżdżają niemal bez żadnej kontroli. Co więcej, szefem ochrony był tam do niedawna podoficer wielokrotnie łapany pod wpływem alkoholu. Nasze źródła ujawniają też, że w pobliżu oddalonego o kilkanaście kilometrów od granicy z Białorusią składu przed laty zostały odkryte obserwujące go tajemnicze urządzenia.
Napięcie podczas Sejmowej Komisji Obrony Narodowej poświęconej zagubieniu min przeciwpancernych było wręcz namacalne. Politycy opozycji byli przygotowani do frontalnego ataku na obóz rządzący, za którego kadencji doszło do karygodnych uchybień. Ci drudzy robili wszystko, aby wykazać, że zagubienie min było jednorazowym błędem, z którego wyciągnięto wnioski.
Komisję zwołano półtora miesiąca po tym, jak Onet opisał historię zagubienia przez wojsko 240 min przeciwpancernych. Ładunek min został przeoczony przez wyładowujących je żołnierzy w składzie amunicji w Mostach pod Szczecinem, dokąd przyjechały z innego składu w Hajnówce na wschodzie kraju. Przez 11 dni miny jeździły po całej Polsce w cywilnych wagonach. Niemal przez tydzień wojsko było nieświadome zguby, a przez kolejne pięć dni szukało min po całym kraju. Ostatecznie odnalazły się w wagonie stojącym pod magazynem IKEA w Orli, 20 km od miejsca, z którego wyjechały niemal dwa tygodnie wcześniej.
Choć w tej historii trudno nie dostrzec elementów komizmu, co objawiło się choćby w postaci memów prezentowanych przez polityków opozycji na sejmowej komisji 20 lutego, to sprawa jest śmiertelnie poważna, bo dotyczy bezpieczeństwa olbrzymich ilości amunicji w wojskowych składach. Podczas sejmowej komisji padły też konkretne zapewnienia z ust władz resortu obrony o ulepszeniu i zacieśnieniu procedur bezpieczeństwa w składach.
Wiceminister obrony Paweł Bejda zapewniał, że 13 sierpnia, miesiąc po zagubieniu min, przesłano do brygad logistycznych i regionalnych baz logistycznych nowe, szczegółowe procedury. Dotyczyły one m.in. sprawdzania przez służby zawartości skrzyń ładunkowych pojazdów wjeżdżających i wyjeżdżających ze składów amunicji.
Postanowiliśmy sprawdzić na własne oczy, w jaki sposób polskie wojsko realizuje te procedury w miejscu, w którym amunicja jest najbardziej narażona na ewentualny atak wroga.
Dwusekundowa kontrola
Skład amunicji w Hajnówce znajduje się niecałe 15 km w linii prostej od granicy z Białorusią. Ze względu na jej bliskość to naturalny cel przenikających do Polski grup dywersyjnych, a także możliwych ataków dronowych.
– Tego typu obiekty, szczególnie znajdujące się w pobliżu granicy, są pod szczególną ochroną, ponieważ są bardzo narażone na penetrację obcych służb – mówi nam gen. Waldemar Skrzypczak, były dowódca Wojsk Lądowych, komentując wyniki naszej pracy dziennikarskiej.
– Potencjalni agenci lub sabotażyści próbują rozpoznać takie ośrodki, aby dotrzeć do tych najpilniej strzeżonych części magazynów, gdzie przechowuje się na przykład silniki rakietowe i wysadzić je, gdy zajdzie taka potrzeba – dodaje.
To właśnie ze składu w Hajnówce w lipcu 2024 r. wyruszył ładunek min przeciwpancernych do Mostów, gdzie część z nich zostało zagubionych. Po tamtych wydarzeniach oba składy zostały poddane szczegółowym kontrolom.
Do Hajnówki przyjechaliśmy w lutym – siedem miesięcy po zagubieniu min i sześć miesięcy po ujawnieniu tego wydarzenia przez Onet.
Trzy kilometry za ostatnimi zabudowaniami miasta skręciliśmy z szosy prowadzącej w kierunku białoruskiej granicy i zatrzymaliśmy się na parkingu, mniej więcej 100 metrów od budki strażniczej przed składem amunicji. To w tym miejscu są sprawdzane pojazdy wjeżdżające i wyjeżdżające ze składu.
Zgodnie z zapewnieniami ministra Bejdy samochody poddawane są kontrolom według „szczegółowych procedur”.
Zapytaliśmy gen. Skrzypczaka, jak powinny wyglądać takie procedury.
– Strażnik musi sprawdzić, co kierowca wwozi, ale także co wywozi. Musi sprawdzić, czy zawartość auta jest zgodna z dokumentami przewozowymi. Dodatkowo musi sprawdzić, czy w aucie nie ma dodatkowych rzeczy, jak na przykład materiały wybuchowe. Powinien wejść na pakę każdej wjeżdżającej ciężarówki i ją przejrzeć. Za pomocą lusterek na tyczkach powinien też sprawdzić podwozie auta, czy nikt do niego czegoś nie przyczepił. W końcu sprawdzenia auta powinno dokonywać zawsze dwóch strażników – jeden pilnuje kierowcy, drugi dokonuje oględzin maszyny – wskazuje.
Przed wjazdem panuje spory ruch, więc nie musimy długo czekać na pierwsze auto. Biała furgonetka marki Opel zatrzymuje się przed szlabanem. Z kabiny wysiada kierowca i idzie z czekającym już strażnikiem na tył samochodu. Otwiera tylne drzwi. W pierwszym planie dostrzegamy kanister na benzynę, a głębiej niezidentyfikowane przedmioty. Strażnik rzuca na to wszystko okiem. Całe sprawdzenie nie trwa dłużej niż dwie sekundy. Kabina w ogóle nie zostaje sprawdzona. Kierowca odbiera przepustkę z budki strażniczej i wjeżdża na teren składu.
Ledwie furgonetka znika za drzewami, a pod szlaban podjeżdża wojskowa ciężarówka. Strażnik rozmawia z kierowcą, podczas gdy pasażer odbiera przepustkę. Tuż przed wjazdem ciężarówki na teren składu strażnik przechodzi na tył auta i rzuca okiem do wewnątrz. Nawet z naszej perspektywy widać, że jest niższy niż szczyt tylnej burty auta. Nie ma szans sprawdzić, co jest w jego wnętrzu. Całe „sprawdzenie” to trwający może sekundę rzut oka.
Kolejna ciężarówka wyjeżdża ze składu. Strażnik przebywa z tyłu auta około dwóch sekund. Inny jednak wchodzi do kabiny. Nie wiemy, co tam robi. Po ośmiu sekundach wychodzi. Auto opuszcza teren składu.
Gen. Skrzypczak podczas rozmowy z nami zaznacza, że strażnicy nie mogą przepuszczać ot tak sobie aut, które kojarzą jako „swoje”. – Takie auto może być już w rękach innego kierowcy. Najłatwiejszym sposobem wjechania do takiego składu jest właśnie przejęcie „swojego auta”, aby przebrany w mundur machnął do strażnika i wjechał do środka – podkreśla.
Z taką sytuacją mamy do czynienia, kiedy pod skład podjeżdża czarny samochód osobowy. Kierowca zwalnia i mówi coś strażnikowi. Ten przytakuje. Szlaban otwiera się i kolejne nieskontrolowane auto znika za drzewami.
W następnej kolejności wyjeżdża ze składu duża ciężarówka MAN. Ona także w ogóle nie jest kontrolowana. Kiedy nas mija, dostrzegamy duży pojemnik na przyczepie.
Następnie z wojskowego terenu wyjeżdża czarny bus volksvagena, a wjeżdża wojskowa ciężarówka. Pierwszy wyjeżdża bez zatrzymywania się. Strażnik rzuca okiem na tył ciężarówki, znowu nie sięgając głową do szczytu jej burty, zanim i ta rusza dalej.
Cały ten proces trwa wystarczająco długo, abyśmy mogli się przekonać, że brak kontroli nad wjeżdżającymi i wyjeżdżającymi autami jest regułą, a nie wyjątkiem.
W pewnym momencie ruch wjeżdżających i wyjeżdżających aut się wzmaga. Wydaje się, że zatrzymują się już tylko po to, aby pobrać lub oddać przepustkę.
Ruszamy za ostatnią z błyskawicznie opuszczających teren składu ciężarówek i kierujemy się za nią w stronę Hajnówki. Dopiero wtedy mamy okazję się przekonać, że jej tylna część jest osłonięta sznurowaną plandeką. W tym przypadku strażnik nie miał szansy nawet na przelotne zerknięcie do jej wnętrza.
Skład amunicji w Hajnówce podlega 2. Regionalnej Bazie Logistycznej. Już po sejmowej komisji zadaliśmy rzecznikowi tej bazy pytanie, czy i jak sprawdzane są wjeżdżające i wyjeżdżające pojazdy, skoro wiceminister Bejda informował o przesłanych procedurach.
W odpowiedzi dowódca 2RBLog płk Artur Stopka odpisał, że pojazdy są sprawdzane w ramach obowiązującego systemu, w którym rolę odgrywają takie czynniki jak stopień alarmowy, stan zagrożenia, czy informacje uzyskane od Żandarmerii Wojskowej i Służby Kontrwywiadu wojskowego. Jednak „procedury”, „organizacja systemu” oraz „wykorzystywany do tego celu sprzęt stanowią informację niejawną”.
Z pewnością podczas naszego pobytu w Hajnówce nie dostrzegliśmy żadnych realizowanych procedur, systemów, ani też nie wiedzieliśmy sprzętu używanego do sprawdzania pojazdów. Nasi informatorzy twierdzą, że służba ochrony składu w Hajnówce nie dysponuje takim sprzętem. – Nawet jeśli gdzieś w składzie jest taki sprzęt, to żaden ze strażników nigdy go nie widział – mówi nasz rozmówca.
Skład pod alko-ochroną
Od naszych źródeł dowiadujemy się, że nie zawsze tak było. Byli komendanci, którzy pilnowali, aby strażnicy dopełniali swoich obowiązków.
Wszystko zmieniło się, kiedy do Hajnówki został przeniesiony chor. Andrzej W. Hajnówka nie była pierwszym miejscem pracy tego chorążego. Swoją karierę w 2. Regionalnej Bazie Logistycznej rozpoczynał w jej głównej siedzibie w Warszawie jako specjalista z zakresu czołgów. Jak dowiadujemy się od wojskowych, około półtora roku temu został złapany po spożyciu alkoholu podczas służby.
Za tego rodzaju nadużycie grożą w wojsku surowe konsekwencje, wraz z wydaleniem, a w przypadku, gdy żołnierz pod wpływem alkoholu ma przy sobie broń, może spodziewać się także problemów natury prawnej. Dla chor. Andrzeja W. jedyną konsekwencją okazało się przeniesienie do innej podległej pod 2 RBLog jednostki, nie ostatniej zresztą.
Najpierw trafił do Rejonowych Warsztatów Technicznych w Nowym Dworze Mazowieckim. Tam również przyłapano go pod wpływem alkoholu. Wtedy został przeniesiony do innych warsztatów technicznych, tym razem w Łomży, gdzie jego pobyt zakończył się w podobny sposób, jak w poprzednich jednostkach.
W końcu, w maju 2024 r. wylądował w składzie amunicji w Hajnówce, gdzie otrzymał stanowisko szefa ochrony. To za jego kadencji wyjechał z Hajnówki feralny skład, z którego potem zginął ładunek min. – Kiedy był tu szefem ochrony, kontrola nad ładunkami upadła na łeb, na szyję – mówią nam dobrze poinformowane osoby.
Również tu jego kariera zakończyła się negatywnym wynikiem badania alkomatem. Według naszych informatorów wynik pomiaru wyniósł 0,29 mg na litr, czyli po przemnożeniu jest to 0,6 promila. W przypadku posiadania przy sobie broni z ostrą amunicją przestępstwem jest nawet 0,1 promila. Od naszych rozmówców dowiadujemy się też, że kiedy Żandarmeria Wojskowa zatrzymała chorążego do badania, ten miał przy sobie broń krótką wraz z ostrą amunicją.
Z naszych informacji wynika też, że chorąży wrócił do pracy w 2 RBLog i właśnie wrócił z urlopu chorobowego do jednostki.
Szereg pytań dotyczących jego kariery w 2. Regionalnej Bazie Logistycznej wysłaliśmy do jej dowództwa. Płk Artur Stopka nie udzielił nam odpowiedzi na te pytania, zasłaniając się niejawnością informacji.
Kto obserwował skład?
Ostatnim, jednak niezwykle ważnym pytaniem, jakie zadaliśmy kierownictwu 2. Regionalnej Bazy Logistycznej w Warszawie, było to dotyczące obecności systemów ochrony antydronowej w podległych jej jednostkach.
Kiedy uzbrojone w ładunki wybuchowe drony stały się podstawowym i niezwykle efektywnym narzędziem walki za naszą wschodnią granicą, drastycznie wzrósł też poziom zagrożenia polskich jednostek tego rodzaju atakiem. Wojsko Polskie jest zapóźnione pod względem skutecznego użycia dronów, a także obrony przed nimi. Jednak w wersji minimum newralgiczne elementy naszej infrastruktury bezpieczeństwa powinny mieć ochronę w postaci systemów przeciwdziałania elektronicznego oraz systemy zestrzeliwania dronów za pomocą przeznaczonej do tego amunicji.
Ze względu na bliskość granicy z Białorusią i magazynowanie dużych ilości środków wybuchowych, skład amunicji w Hajnówce powinien być priorytetowo wyposażony w systemy antydronowe.
Podobnie jak na poprzednie nasze pytania, również na te, czy skład posiada systemy antydronowe lub choćby złożył na nie zapotrzebowanie, nie dostaliśmy odpowiedzi od płk. Artura Stopki – znowu z powodu niejawności tych informacji. W podobnym tonie odpowiedzi odmówił nam rzecznik Inspektoratu Wsparcia Sił Zbrojnych ppłk Marek Chmiel.
Od naszych dobrze zorientowanych źródeł wiemy, że skład do tej pory nie zapewnił sobie takich systemów, a sprawująca nadzór nad nim 2. Regionalna Baza Logistyczna nie złożyła w Inspektoracie Wsparcia zapotrzebowania na takie systemy. Ich pozyskanie jest sprawą kluczową dla bezpieczeństwa składu.
Podjęcie wszystkich opisanych przez nas środków jest o tyle ważne, że wokół składu znajdowano już urządzenia szpiegujące nieznanego pochodzenia. Jednym z takich urządzeń była fotopułapka do długotrwałego nagrywania zamontowana na drzewie przy drodze wjazdowej do składu, przy której w lutym sami staliśmy. Co ciekawe, fotopułapki przed laty nie wykryło wojsko, ale leśnicy. Miała ona możliwość utrwalania wszystkich wjeżdżających i wyjeżdżających pojazdów.
Z fotopułapki był wyprowadzony kabel do zasilającego ją solaru na szczycie drzewa. Na tym samym drzewie umieszczona była antena o zasięgu około 20 km. Warto tu przypomnieć, że skład mieści się 15 km od granicy z Białorusią. Polskie służby prowadziły wówczas śledztwo w tej sprawie, jednak nic nie wykryły.
Systemowy problem
Przy okazji Sejmowej Komisji Obrony Narodowej na jaw wyszły i inne przypadki zagubień i kradzieży środków bojowych. Kiedy opozycja przypuściła polityczny atak na koalicję rządzącą, obarczając ją winą za rozprężenie w wojsku, którego skutkiem było zagubienie min przeciwpancernych, minister Bejda przeszedł do kontrataku.
Poinformował o podobnych incydentach z czasu rządów PiS. Najpoważniejszym z nich było zaginięcie 170 sztuk amunicji przeciwpancernej kaliber 12,7 mm z transportu wojskowego w okolicy Hrubieszowa z 16 lipca 2022 r., niecałe pięć miesięcy po rozpoczęciu za naszą wschodnią granicą pełnoskalowej inwazji Rosji na Ukrainę.
Minister zacytował fragment raportu dotyczącego tamtego zdarzenia: „Wagony nie były w dobrym stanie technicznym. W podłodze wagonów stwierdzono liczne ubytki dostatecznej wielkości, żeby przez nie mogły wypaść drewniane skrzynie z amunicją. Ponadto w części wagonów nie można było zamknąć drzwi przesuwnych, a ponadto nie były one plombowane”.
Wśród innych incydentów wymienił kradzież 65 sztuk amunicji kalibru 57 milimetrów do armaty przeciwlotniczej S-60 w składzie materiałowym w miejscowości Potok, a także liczne zagubienia pistoletów oraz karabinków z poligonów, magazynów uzbrojenia i uczelni wojskowych.
Wiele wskazuje na to, że problem braku procedur, a także niechlujstwa pomimo istniejących procedur, jak pokazuje to przykład Hajnówki, nie jest przypisany konkretnej barwie politycznej, ale jest systemowym problemem Wojska Polskiego.
Źródło: onet.pl